jedzenie, wino

Oj, nie ma rybki, nie ma …..

Szanowni, dzisiaj wpis gościnny. Znajoma czytelniczka bloga ukrywająca się pod pseudonimem Konstancja postanowiła podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat bałtyckich smażalni i  nie tylko. Wpis jest kulinarny więc wina w nim nie ma ale tematyka bloga jest bliska tematom jedzeniowym więc się sprawdzi. Foodies czekamy na Wasze komentarze.

Pamiętacie swoje wizyty w sklepach, z kolejnym mocnym postanowieniem przygotowania zdrowego, pysznego i małokalorycznego posiłku, z ryby oczywiście, bo wszyscy dietetycy grzmią o ich drogocennym wpływie na nasz organizm? Te wszystkie kwasy, witaminy itd., itp. Zatem pamiętacie te smętne mrożone fileciki z bryłami lodu, cieniutkie, nieapetyczne leżące tuż obok sprawiającej równie nieprzyjemne wrażenie wiecznie wędzonej makreli? Ja w takich momentach wychodziłam ze sklepu dzierżąc w ręce filety z kurczaka, a mocne postanowienie chowało się w kąt pokonane przez szarą rzeczywistość…

Urlop w Gdyni…

Pierwsza moja myśl o tym jak będziemy spędzać czas to, że nareszcie zjem dobrą, świeżą rybę! Ucieszyłam się bardzo, bo gdzie jak gdzie, ale w Trójmieście to chyba można?? Poza tym mieliśmy też sami sobie gotować, aby szlak gdyńskiej gastronomii zanadto nas nie zrujnował  finansowo. Wynik moich poszukiwań skwitować mogę: „Oj, nie ma rybki, nie ma…” W pierwszej smażalni do której trafiłam, właściwie to tylko na mały rekonesans, dowiedziałam się, że w ofercie posiadają dorsza, halibuta, łososia i inne ryby zarówno świeże jak i mrożone. Pierwsza moja myśl – po co serwują mrożone jak przeciętny turysta wybierze świeże ? Chyba? Niemniej jednak, jeszcze niezrażona, w kolejnej knajpie dowiaduję się, że dorsza świeżego to nikt nie ma prawa sprzedawać bo jest zakaz połowu, a więc go nie serwują. Pytam zatem jaką świeżą rybę mogą polecić. Odpowiedź – pstrąga hodowlanego. Ręce mi opadły, bo pstrąga, którego na moich oczach wyłowią i przyrządzą mogę zjeść u siebie, nie potrzebuję jechać specjalnie około 800 km….Ale napalona byłam okrutnie na te ryby, więc do następnej smażalni idziemy już z polecenia. Bar „Przystań” – Sopot, opinie w necie całkiem przyzwoite. Ze świeżych ryb mieli dorsza i zdaje się łososia. O zakaz połowu bałam się zapytać, po tym, gdy po drodze, w innej smażalni usłyszałam zwyczajne, proste „nie wiem”. Ja też nie wiedziałam. Zamówiłam dorsza smażonego. Suchy jak jasny gwint, o lekko szarawym odcieniu ukrytym pod nijaką panierką. Dramat, a co dziwne, klientów masa. Znajomi chwalili zamówioną przez siebie zupę rybną, ale była  ledwo poprawna. Nijak się miała do pychotki o której piszę poniżej. Zatem pobyt w Trójmieście to dla nas rybny klops.

Nie ma tego złego…..

Wracając pewnego dnia do mieszkania po kolejnym, pełnym marszobiegów z jedenastomiesięcznym berbeciem , trafiliśmy do miejsca , do którego później biegaliśmy bez mała co drugi dzień z merdającymi ogonkami. Delikatesy greckie ! Chwała temu kto wymyślił ideę slowfoodu, za którą idzie szacunek do oryginalnych, lokalnych produktów. Nie opiszę wielu wspaniałych produktów, które można tam dostać, ale wspomnę zaledwie o kilku które parę naszych wieczorów zamieniły w kulinarną ucztę. Zakupiony ser feta, czarne oliwki z pestkami oraz oryginalna oliwa szefa, specjalnie dla nas zapakowana do półlitrowej butelki, posłużyły do przygotowania sałatki z pomidorami, mieszanką sałat i czerwoną cebulą. W życiu nie nazwałabym tej sałatki grecką, ale do greckiego klimatu baaardzo się zbliżyliśmy. Feta delikatna (za pierwszy razem, bo następnym razem wybraliśmy ostrzejszą,  o bardzo wyraźnym smaku), kremowa i łącząca wszystkie składniki. Nie potrzebowaliśmy wielu przypraw – ot, pieprz i świeża bazylia. Gdybyście zechcieli przyrządzić podobną sałatkę gorąco polecam czerwoną cebulę zamarynować wcześniej w soku z cytryny lub limonek – staje się wtedy bardziej łagodna, bardziej miękka (aczkolwiek nadal pozostaje chrupiąca!).Trik ten podpatrzyłam u Nigelli Lawson – naprawdę się sprawdza.

Następnym razem delektowaliśmy się gęstym, kremowym jogurtem, który nie przypominał tego co można kupić w popularnych supermarketach czyli mleka w proszku z żelatyną wieprzową. W sklepie Agora-Smak Grecji można kupić przewspaniałe wina, owoce morza, pasty (my zaopatrzyliśmy się w paprykowo-pomidorową), słodycze i wiele innych oryginalnych pyszności wprost z Grecji.

Nie mogę odmówić sobie wtrącenia, że piorunujące wrażenie zrobiła na mnie w Gdyni ilość sklepów i cyklicznie funkcjonujących bazarów z lokalnymi, kaszubskimi produktami. Toż to raj dla osób, które wolą zjeść może odrobinę mniej (ceny), ale lepiej, cudownie smaczniej. Praktycznie każdy sprzedawca znał dokładnie skład produktów i potrafił o nich opowiedzieć. Dodam tylko, że do domu wróciliśmy z prawie 1,5 kilogramem różnych żółtych serów…..

DSC_0403

A dla najbardziej zdeterminowanych, którzy bez spróbowania rybki do domowych pieleszy nie wrócą, z czystym sumieniem mogę polecić smażalnię w Jarosławcu „Jackowo”, odkrytą podczas zupełnie innej eskapady. Właściciel posiada dwie knajpy i obie są godne polecenia. Zupa rybna – nigdy aż takim fanem ryb nie byłam, aby skusić się na zupę z nich przyrządzoną. A jednak gdy spora micha wylądowała przede mną i nieśmiało spróbowałam zawartości byłam zachwycona! Zupa była aromatyczna, pikantna z dodatkiem papryki i śmietany, ale nie tłusta i nie zawiesista. A w środku kawałki  różnych gatunków ryb, które absolutnie nie sprawiały wrażenia , że są… resztkami, o co zawsze podejrzewałam to danie w różnych przybytkach gastronomicznych. Myślę, że każdy fan zup i ryb dałby sobie odciąć jakąś część ciała za tę miseczkę wraz z zawartością…

Kolejne danie to prosty dorsz smażony z frytkami i surówką. Niektórzy się obruszą, że nie ma się czym zachwycać, ot zwykła rybka w panierce…Kochani jesteście w błędzie! Wielokrotnie przekonałam się, że im prościej tym smaczniej. Zatem jak widzicie dorsz był spory, dobrze wyfiletowany, mięso białe, soczyste, rzekłabym że maślane nawet. Panierowany był delikatnie w mące, a więc o żadnej grubej panierce zapewniającej li tylko odpowiednią gramaturę nie mogło być mowy .A teraz najważniejsze – po porażkach opisanych wyżej – ryba była świeża i to zrobiło całą robotę. Dla zainteresowanych muszę też wspomnieć, że codziennie przy smażalni wędzone były ryby – różne gatunki. Mnie najbardziej smakował cieplutki, mięciutki i tłuściutki halibut.

A zresztą zdjęcia niech mówią same za siebie

DSC_0116

DSC_0066

  • Grzegorz

    Jedyne czego żal to faktu, że do tak dobrze zrobionej(wg Autorki zapewnień) rybki Ktoś serwuję sałatkę z wiaderka i mrożone frytki z worka.. A tak niewiele potrzeba, by było świetnie.

  • Konstancja

    Słuszna uwaga – stąd tytuł postu 🙂

  • Małgocha

    Pierwsza cześć mocno dołujaca, przypomina mi smuta wielce historie z jezior mazurskich…jedyna rybka, jaka udalo sie upolowac była wędzna…z robalami ;( od tego czasu zwątpilam w płodnosc naszych jezior i morza.
    Cenne odkrycie w Jarosławcu. Zupa rybna my favorite, próbuję gdzie sie da, dotychczas zadna knajpka nie pobiła tej w Szarej w Krakowie, byc moze Jackowo…