Bez kategorii, podróże, wino

Romantyzm w piłce i w winie?

Picie wina podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej to nie jest zajęcie cieszące się społecznym poparciem. Internet zalany jest rożnymi przykazaniami dla żon, dziewczyn kochanek, że w czasie euro połowa lodówki przeznaczona jest na piwo i tym podobne pseudo zasady. Co odważniejsze kobiety deklarują, że one również lubią piłkę i piwo oraz umieszczają na fejsbuku swoje zasady funkcjonowania podczas euro. W ogólnym społecznym odbiorze wino nie kojarzy się z piłką w ogóle pomimo tego, że niektórzy piłkarze prowadzą swoje winnice o czym pisałem tutaj a same mistrzostwa odbywają się w kolebce światowego winiarstwa. Fakt, że cała światowa i europejska czołówka w piłce to również kraje winiarskie w swoim zakłopotaniu pominę.

IMG_1827

Piłka to dzisiaj biznes jak każdy inny z tym, że z potężną mocą oddziaływania na tłumy i to właśnie wykorzystują piwni giganci. Wmawiają nam, że mecz = piwo i nie po to pompują w piłkę gigantyczne kwoty przez sponsoring żeby ktoś twierdził że jest inaczej. Ale jest coś co łączy piłkę i wino. To pewnego rodzaju romantyzm i bunt przeciw temu wszystkiemu. Tym pieniądzom, temu umiędzynarodowieniu i odcięciu się od lokalnych tradycji i komercjalizacji czego wyrazem jest ruch Against Modern Football. Piłkarski romantyzm objawia się przede wszystkim kibicowaniem lokalnym klubom tym z którym jesteś związany przez miejsce urodzenia albo rodzinne tradycje. Najlepszym przykładem niech będzie fakt,  że w Turynie rdzenni mieszkańcy miasta kibicują malutkiemu jak na europejskie warunki Torino, które latami tułało się w drugiej lidze i dopiero w ostatnich latach okrzepło w Serie A. Lokalny konkurent Juventus to klub z innej planety. To korporacja wspierana głównie przez przyjezdnych z południa Włoch, którzy przyjechali do pracy w fabrykach Fiata. Takich przykładów jest mnóstwo chociażby Monachium gdzie lokalsi kibicują TSV a Bayern traktowany jest jako klub Bawarczyków nie koniecznie samych Monachijczyków. Trochę inaczej sytuacja wygląda w Hiszpanii gdzie w grę wchodzą jeszcze kwestie polityczne. Mamy Barcelonę,, której kibicują wszyscy Katalończycy, ale również mamy przecież Bilbao i Atletik, który jest na wskroś przesiąknięty lokalnością. Do tego stopnia, że w klubie grają tylko Baskowie a mimo to udaje się utrzymać poziom sportowy na poziomie pozwalającym regularnie grać w europejskich pucharach. Przywiązanie kibiców do swoich lokalnych klubów to najważniejsze aktywo tych klubów bo okazuje się, że przy tych wszystkich pieniądzach topionych w piłce, zapomina się właśnie o kibicach. Romantyzm w piłce na poziomie reprezentacyjnym to takie historie jakie oglądamy właśnie na Euro. Węgrzy pokonują faworyzowaną Austrię, a Islandia heroiczne remisuje z Portugalią. Na tym polega piękno futbolu i bardzo dobrze, że ktoś wpadł na pomysł żeby poszerzyć liczbę drużyn na Euro do 24 bo w końcu ile można oglądać pojedynki Niemców z Włochami czy Anglików z Francuzami? To jest takie samo uczucie jak coroczne rozgrywki Ligi Mistrzów kiedy wiadomo, że po fazie grupowej zostają te same zespoły i mamy strasznie ekscytujące pojedynki typu Arsenal-Barcelona, dobrze, że przynajmniej od kilku lat Atletico Madryt uciera nosa najbogatszym to jest co oglądać. Zdecydowanie ciekawsza wydaje się Liga Europy gdzie można oglądać zespoły, które na co dzień nie goszczą na czołówkach gazet i portali na całym świecie.

FullSizeRender (1)

Ale co to wszystko ma wspólnego w winem? A no wbrew pozorom bardzo dużo. Do tych rozmyślań skłoniła mnie butelka białego wina z Rondy. La Encina del Inglés Blanco 2014 z Bodega La Melonera przywiezione zimą z Hiszpanii. Na jego etykiecie przedstawiono krótką opowieść o tym, że to wino stanowi hołd dla XIX wiecznych angielskich buntowników, poetów i innych urwipołciów, którzy w owym czasie odwiedzali Andaluzję i zachwycali się pięknem regionu. Anglicy rzeczywiście mają słabość do Hiszpanii. Do Andaluzji szczególnie. Zafascynowani głownie biedą jaką tu spotkali ale i pięknem krajobrazu opisywali to licznych reportażach i opowiadaniach. Na naszym rynku ciekawie opisuje to Norman Lewis  w „Grobowcu w Sewilli”. Autor w przeddzień wojny domowej wyrusza z San Sebastian do Sewilli opisując ówczesną Hiszpanię. Z kolei bardziej nam współczesny Chris Stewart, pierwszy perkusista Genesis w książce „Jeżdżąc po cytrynach” opisuje swoją przeprowadzkę z Anglii w góry w okolicach Granady gdzie zostaje rolnikiem. Andaluzja jest romantyczna bez dwóch zdań. Wspomniane na początku wino jest szczególne z jeszcze jednego powodu. Otóż zostało wyprodukowane tylko i wyłączne z lokalnych szczepów: Moscatel morisco, Doradillo i Pedro ximenez. Wino jest świetne. Aromatycznie cytrusowe, migdałowe może nawet delikatnie waniliowe a w smaku potężnie owocowe, pełne nawet tłuste. W dobie wszędobylskich odmian międzynarodowych:  Chardonnay, Cabernet Sav czy Merlota produkcja wina z lokalnych odmian jest romantyzmem. I będę to powtarzał za każdym razem niezależnie od tego czy będzie to wino rumuńskie, włoskie czy z Bałkanów. Prowadzenie winnicy to jest biznes i tak jak w piłce nożnej na sam koniec liczą się pieniądze wiec szanujmy winiarza, który stara się zrobić coś więcej niż światowe wino z międzynarodowych odmian tak jak szanujmy małe lokalne kluby bo to część naszej tradycji.  Think local, be local!